Pierwszy raz sama byłam zdziwiona. Ciasta jako takiego (w sensie... całego z kopułą) nie pieczemy. Najpierw robimy masę czekoladową, takie płaskie, brązowe coś wylewane na okrągłą blachę. I właśnie to wkładamy do piekarnika. Kiedy już się nam spali upiecze, wyciągamy, robimy dziurę na banany, wylewamy ubitą, sztywną śmietanę układając ją w kształcie kopuły i posypujemy tymi okruchami ciasta, które wcześniej wykopaliśmy robiąc bananową trumnę.
Zaczęło się od tego, że spaliłam ciasto. Tłukłam właśnie głową w klawiaturę próbując wymyślić opowiadanie na angielski, kiedy sobie o nim przypomniałam. Na szczęście udało mi się je jakoś odratować, bo spaliło się tylko delikatnie na brzegach. Odprawiłam więc bananom pogrzeb i zabrałam się za ubijanie śmietany. I tu się zaczyna.
Na opakowaniu jest napisane, żeby śmietanę ubijać 5 minut na najwyższych obrotach. Kiedy po 10 minutach z zegarkiem w ręku mojej masie (której większa część przepuściła szturm na moje ubranie i podłogę przy okazji) ciągle bliżej było do cieczy, stwierdziłam, że coś jest nie tak. 5 minut i gamę przekleństw później uświadomiłam sobie dwie rzeczy.
1. Zaraz szlag mnie trafi.
1. Zaraz szlag mnie trafi.
2. Pokonała mnie jakaś cholerna śmietana.
Mam dość. Gnij tam sobie, durna maso. Nie lubię cię.
EDIT: Dałam złą śmietanę. Nieważne. I tak zakończyło swój żywot w koszu.
HaHaHa! Jak można dać złą śmietanę? Trzeba by było być totalnie porąbanym . Pozdrawiam, Ewa
OdpowiedzUsuńNormalnie. Wystarczy tolerancja i wiara, że każda śmietana jest dobrą śmietaną ^^" Rasistka >.<
Usuń